Rozdział I: Miasto, które nie lubiło dnia
Niektórzy mówią, że istnieją ludzie, rzeczy i miejsca, na które wystarczy spojrzeć tylko raz, by dowiedzieć się o nich wszystkiego co istotne.
Craig zdążył się o tym wielokrotnie przekonać - w swojej karierze dziennikarza śledczego niejednokrotnie prawda której poszukiwał, zdawała się sama do niego krzyczeć, a jego zadaniem pozostawało jedynie zebranie niezbitych dowodów.
Co więc mógł jednak powiedzieć o miejscu, w którym właśnie się znalazł? Ciche, prowincjonalne miasteczko, jedno z wielu podobnych w Ameryce.
Ostoja dla ludzi, którzy przeżyli już swoje życie, i nie szukali nowych przygód i wrażeń.
Ten idylliczny obrazek zdawał się jednak mężczyźnie nienaturalny. Jakby za cienką warstwą przyjaznej dla oka akwareli, krył się drugi, niepokojąco tajemniczy obraz...
- Dość niecodzienne miejsce na urlop - odezwał się nagle jakiś lekko zachrypnięty głos, w końcu burząc tą głuchą ciszę.
Craig odwrócił się, i dopiero po chwili dostrzegł wątłego staruszka z kępką jasnych włosów, siedzącego na ławeczce przed jednym z budynków.
"Dobrze wiedzieć, że to jednak nie Gatlin" pomyślał w duchu, po czym przywitał się z mieszkańcem.
- Zdaje się być spokojne, a tego właśnie teraz najbardziej potrzebuję, wielkomiejska dżungla to nie moje klimaty - odpowiedział zdobywając się na lekki uśmiech.
Chcial udawać turystę, póki tylko było to możliwe - na nieznanym terenie ryzykiem byłoby grać w otwarte karty, więc wykorzystywał swoją póki co jedyną broń - nikt go tu nie znał..
- Taak, to prawdziwa oaza - przyznał staruszek, powoli wstając z ławki - Przynajmniej po tej stronie rzeki.
Craig już otwierał usta, by zapytać o tą cokolwiek zagadkową uwagę, jednak mężczyzna zaczął powoli kuśtykać w stronę domu, więc odpuścił.
Zresztą, sam nie marzył teraz o niczym więcej jak o tym, by dostać się do opłaconego już pokoju i odpocząć po długiej podróży.
Krocząc wąskimi, martwymi uliczkami, bez problemu znalazł się na miejscu w kilka minut. Budynek jak budynek - ot mały hotel, a za tak niską cenę nie oczekiwał luksusów.
- Dzień dobry, mam na dziś rezerwację na nazwisko...
- 201 - mruknęła recepcjonistka, kładąc klucze na blacie.
Craig podejrzewał, że nie mogło być tu tłumów, szczególnie o tej porze, więc nie zdziwiło go to zachowanie. Niezniechęcony wziął klucze, podziękował i skierował się do wskazanego pokoju, od razu rzucając się na miękkie łóżko i głęboko wzdychając.
Liceum Nebraeville, wczesne popołudnie
Liceum w Nebraeville nie różniło się szczególnie niczym, od wielu innych, typowych szkół jakie można spotkać zarówno w małych jak i wielkich miastach Stanów Zjednoczonych.
Byli więc napakowani, popularni sportowcy, obiekty westchnień żeńskiej części uczniowskiej społeczności i, oczywiście szkolne ślicznotki, zawsze na topie, zawsze w świetle reflektorów.
Byli snobistyczni "preppies", dla których pozostawałeś niewidzialny jeśli nie miałeś 3 kart kredytowych w portfelu, i "A" z każdego przedmiotu, i byli "normies", mający o tyle dobrze, że ani nie byli specjalnie w centrum zainteresowania, ani nikt nie wytykał ich palcami.
Listę zamykali wszelkiej maści "dziwaki", ekscentrycy i introwertycy, mający swój własny świat.
Ah, no i była jeszcze ona. Theodora Bundy.
Pomimo wyjątkowej urody, i nienajgorszych stopni, większość pewnie zakwalifikowała by tą tajemniczą dziewczynę do ostatniej z grup, ale ona sama nie poczuwała się do bycia częścią jakiegokolwiek "stada".
Co oni wszyscy mogli wiedzieć? Te wszystkie nudne, przewidywalne, i w gruncie rzeczy jednakowe twarze nie potrafiły jej niczym zainteresować.
Od czasu wydarzeń, mających miejsce kilka lat temu, nikt zresztą nie palił się do nawiązywania znajomości z dziewczyną - choć jej ojcu nie udowodniono choćby drobnego związku z serią brutalnych morderstw, miasteczko samo wydało swój wyrok. Był winny, a jego córka miała prędzej czy później zostać takim samym, żądnym krwi zabójcą.
- Cholerni hipokryci...- mruknęła Theo z kwaśną miną, zabierając swoje rzeczy z szafki i zerkając na grupkę rówieśników, szepczących coś między sobą i gapiąc się na nią bezczelnie.
"Żebyś przypadkiem się nie zdziwiła" - pomyślała w duchu, wychodząc ze szkoły. Zdawało jej się że jedna z dziewczyna z owej grupki, zastanawiała się głośno czy Theo nie nosi części ciał swoich ofiar w jej wielkiej torbie. Theo pozwoliła jednak, by gniew spokojnie przez nią przepłynął, i zaszył się gdzieś na dnie jej świadomości. Nie potrzebowała go teraz. Nie dziś. Dziś był szczególny dzień, planowała go co najmniej od tygodnia i nie miała zamiaru żeby ktokolwiek zamącił jej w głowie. Choćby miał być to nawet i sam diabeł.
Gdy dotarła w swoje ulubione, odosobnione miejsce, wyjmując z torby kredki i czystą kartkę papieru, po uczuciu gniewu nie było już żadnego śladu.
* * *
- To bezsens, co ja tu właściwie robię...- westchnął ciężko Craig, gapiąc się od godziny w ekran laptopa, i czytając raz za razem te same linijki tekstu. Żadnych dowodów, oczyszczony z zarzutów po drobiazgowym śledztwie. Morderca? Nie został nigdy odnaleziony. Prawdopodobnie martwy, bądź opuścił miasto na zawsze.
Palił się do tej sprawy, owszem, lecz teraz, kiedy emocje trochę opadły, dopadło go zwątpienie. Jak miał znaleźć cokolwiek, gdy od ataku seryjnego mordercy minęło kilka lat? I jakim właściwie powinien iść tropem? "Niewinnego z braku jakichkolwiek przesłanek" Bundy'ego czy "martwego lub zaginionego" anonimowego mordercy?
Jedno było natomiast pewne. Gapiąc się w stare artykuły i publiczne akta dotyczące przeszłych wydarzeń, nie pomagał sobie w zrozumieniu tego co stało się w Nebraeville. Ostatni raz zerkając na łypiącą na niego z artykułu, tajemniczą twarz Teda Bundy'ego, wyłączył swój komputer i zabrał się za kolacje.
Nadszedł czas, żeby skorzystać ze słów miejscowego staruszka.
Wjeżdżając do cichych, pustawych przedmieści Nebraeville naprawdę nietrudno było pomyśleć, że tak oto wygląda całe miasteczko.
Po kilkunastu minutach podróży autem, Craig mógł się jednak przekonać że przynajmniej część słów mężczyzny, którego spotkał w południe, była prawdą. Odzyskując pomału swój dawny zapał, zostawił za sobą krajobraz złożony z ponurych, starych budowli, wjeżdżając w drogę biegnącą pośród lasu.
Lasu, który przecinała szeroka, równie tajemnicza jak wszystko co dziś zobaczył, rzeka.
Dziennikarz pomyślał, że gdyby nie ta cała mroczna przeszłość, i praca, która go tu przywiodła, byłoby to naprawdę całkiem ładne miejsce na spokojny urlop. Nie miał jednak czasu by się nad tym dłużej zastanawiać, bo gdy tylko wyjechał z drugiej strony lasu, znalazł się w zupełnie innym świecie.
Spacerujący przechodnie, błyskające na szyldach lokali jasne neony, odgłosy śmiechów i rozmów - Nowy Jork, to to nie był, ale jednak - to miejsce w końcu żyło!
21:49, okolice Border River
- Niech cię szlag...nawet na koniec musisz mi utrudniać życie, co? - wydyszała ciemnowłosa dziewczyna, wlokąc po leśnym gąszczu jakiś sporych rozmiarów wór.
Był kwiecień, więc noce nie były jeszcze najgorętsze, ale po jej twarzy i tak spływały ciepłe krople potu.
Zastanawiała się tylko czy to zmęczenie, czy jednak emocje które wywołało to co zrobiła niecałą godzinę temu.
Gdy tylko o tym pomyślała, przeszedł ją silny dreszcz. Uczucie nieporównywalne z niczym.
Woląc nie zatrzymywać się jednak na dłużej, dziewczyna wypiła parę łyków wody ze swojej butelki, i zaczęła taszczyć swój dziwaczny pakunek dalej, aż do samego brzegu rzeki.
- No, to czas na ostatnią podróż. Niech cię wody niosą, i do samej czeluści - zepchnęła wór do wody, i przykucnęła na brzegu, jeszcze chwilę przyglądając się jak znika jej z oczu.
Było już dobrze przed jedenastą, gdy dotarła do wielkiej rezydencji na wzgórzu, gdzie mieszkała, a ledwie postawiła nogę w progu rozległ się głęboki, enigmatyczny głos.
- Późno dziś wracasz, córeczko...- powitał ją Ted, przeszywając dziewczynę podejrzliwym wzrokiem.
Tego wzroku, Theo obawiała się teraz najbardziej. Z drugiej jednak strony, tak samo jak dobrze Ted potrafił zaglądać wgłąb duszy, tak ona umiała chować swoje sekrety tak głęboko, że nawet ojcu nie zawsze było łatwo ją przejrzeć.
- Nie będę ci zmyślać, że byłam na jakiejś imprezie - uśmiechnęła się lekko, sięgając do swojej torby i wyciągając z niej swój ostatni rysunek - Porwała mnie iście szalona wena tatusiu, sam zobacz.
Bundy sięgnął po kartkę, przyglądając się jej z zadowoleniem. Wyglądało na to, że przynajmniej póki co, Theo udało się zmydlić ojcu oczy. Nie chciała tego robić, ale z taką wiedzą wolała skonfrontować go skonfrontować przygotowana, na spokojnie, przy wspólnej kolacji czy maratonie filmowym. Nie na szybko, w korytarzu przed północą.
- Chyba już się położę, tatku, jestem bardzo zmęczona.
Ted pokiwał głową, ucałował córkę życząc jej dobrej nocy, i odszedł do swojego pokoju.
Autentycznie zmęczona wrażeniami wieczoru Theo, również skierowała się do siebie, przebierając się tylko w ulubioną piżamę, i układając w wielkim, miękkim łóżku.
Tej nocy jednak nie zasnęła tak szybko, jeszcze długi czas rozmyślając o cudownym uczuciu wyzwolenia, kiedy ostrze noża przebijało świeżą tkankę ludzkiego ciała....
Komentarze
Prześlij komentarz